księga gości


2007
marzec








BLOG



















szepty-miasta



Tobiasz i Henio
Bar piwny, Praga Północ
Późny wieczór i styczniowy mróz


- Pamiętasz jak się działo, jakie towary? Ehhhhh – Tobiasz łyknął zimnego Urquella. – Na samą myśl mi staje.
- Gdzie te czasy, stary… Teraz dymam na drugi koniec Europy, nie mam nawet czasu się odlać, a co dopiero pofiglować – Heniek kręcił głową i patrzył w pośladki kelnerki. Tobiasz rozmarzył się tak intensywnie, że dostrzegłem jego myśli.


Henio i Tobiasz zawsze mieli łby na karku. Tobiasz nie umiał żyć bez seksu. Ale to Henio obrotny i psotny znalazł ten burdel, co go rozliczali w firmie. A może inaczej – burdel wystawiał faktury. Henio – świetny fotograf, przemierzał Polskę z kolegą dziennikarzem. Nie jedno widział, nie jedno słyszał, ale to było jak plantacja marihuany, na którą przypadkiem trafia nałogowy narkoman.
- Durny łbie! To jest na Rzeszowszczyźnie! – Tobiasz z początku zrugał Henia. Ale ten nie dał za wygraną.
- To jak jesteś taki dobry, jak o tobie mówią, znajdź jakiś temat na Rzeszowszczyźnie!
Tobiasz był dobry i nie mógł przecież sam tego podważać. Mało, on był dziennikarzem roku! Najlepszym w Polsce! On nie załatwi tematu?
Następnego dnia zadzwonił do sądu w Rzeszowie.
- Dzień dobry. Macie tam jakieś afery? – zapytał.
Ależ się zdziwił. Oj, były afery!
Pojechali. Henio wziął aparat, a Tobiasz dyktafon. We wsi sąsiad postrzelił z wiatrówki kurę. Babie zza płotu. Baba, bezzębna stara kwoka, opowiadała o tym z pasją. Kurę, na dowód zbrodni schowała w zamrażarce.
- Tu ma panie dziurę w głowie! O, tu! – pokazywała, gdy do niej przyjechali. A Henio – pach, pstryk! I już była okładka w gazecie! I już były premie i nagrody! Nie był to szczyt ambicji, nie, skądże. Tobiasz miał pisać o konfliktach w Unii Europejskiej, o rozłamach politycznych, a tu kura. Cóż, dobre i to.
A wieczorkiem burdel. Do białego rana. Szampan, kawior i rachunek w klapie marynarki. Żyć, nie umierać!
Ależ polubili tę Rzeszowszczyznę. A to znów inny temat, trochę kreowany, taka prawda. Ale czego się nie zrobi dla dobra gazety? Pojechali w ciemno. I od razu do bacy.
- Baco, a wilki są w tym roku? – Tobiasz zagadnął od niechcenia.
- Oj, panocku. Wilków, a wilków! – stary góral kołysał się na ławeczce przed izbą.
- A owce wam giną? – Tobiasz prowadził rozmowę na pożądane tory.
- Oj, giną panocku, giną, ino hucy!
I już zadziałali. Kupili literka dla bacy. Wzięli trochę owczej wełny. Tobiasz rozsypał na trawie, a Henio pstrykał, aż furczało. „Skandal! Wilki mordują!” – grzmiało z okładki. Nagrody i premie znów się posypały. O to chodzi! To się czyta! Naczelny rozpływał się w zachwytach.
A wieczorem burdel, exclusive, all inclusive. Jaccuzzi. Brunetka o pełnych piersiach. Blondynka o długich nogach – Tobiasz weźmie obie na ostro, a potem się rozliczy.
- To były czasy, co? – rozmarzył się i dopił ostatni łyk piwa.
- Oj, były. Teraz tylko dymam, na drugi koniec Europy. Nie mam nawet czasu się odlać – Henio powtórzył się.

***
P.S.

Któregoś z tamtych, barwnych dni, Tobiasz powiedział do Henia: - Dość. Kończę z tym. Tak być nie może, to zła droga, muszę z niej zejść. Ja nie jestem taki.
Henio zdziwiony, a może po prostu zbyt pijany, by protestować, przytaknął. – Jak tam sobie chcesz - wydukał.
Tobiasz usiadł na kanapie w pokoju hotelowym. Czuł jak opada z niego całe zło, jak wracają pierwotne wartości moralne. Tak, znów był niewinny jak przedszkolak.
Włączył telewizor i zaczął bezmyślnie przełączać kanały. Na jednym z nich, niemieckim, tandetna landara lizała się po sutkach. „Neun neun zweiundzwanzig sechsundvierzig” – jęcząca szlantrapa namawiała do zabawy.
- Kurwa, Heniu, idziemy! – Tobiasz nie wytrzymał i wyłączył telewizor. Znów był bal!

2007-03-20 09:49:50 skomentuj (3)


Tania i Roman
Grycan, Puławska
sobotnie marcowe popołudnie


Lubię lody o smaku straciatella. Tamtego marcowego popołudnia, a może nie było nawet dwunastej, czekałem aż moje kubki smakowe poczują pierwszą nutę słodyczy. Tania siedziała przy stoliku obok. W oczach miała żal pomieszany z radością – połączenie niespotykane. Przed nią stały dwie szklanki po koktajlach, malinowym i jeżynowym, poznałem po osadzie. Wysoko na górze świata, słońce zaciekle biło pięściami w chmury, ale te nie chciały się rozstąpić.

Roman spóźnił się. Tak, on wyraźnie, od samego progu dawał oznaki spóźnienia. Jakby na jego czole rezygnacja napisała grubym, czarnym markerem: „jak zwykle, zawaliłem”. Wydał z siebie coś w rodzaju „przepraszam”, ale tak bezdźwięcznie, że nikt tego nie usłyszał. Tania także.
Spóźniał się do szkoły, na egzaminy podczas studiów, do pierwszej pracy na taksówkach MPT też się spóźnił. Zbyt późno przybiegł na porodówkę. – Syn, ma pan syna - usłyszał od starej pielęgniarki, na której jego spóźnienie nie robiło żadnego wrażenia.
Dwadzieścia lat temu kolega załatwił Romanowi lewe dokumenty. Mieli uciec do Szwecji, jak najdalej od komuny, jak najbliżej stacji Statoil, dobrze płatnej pracy, lepszego życia. Spóźnił się, pięć minut.
Tym razem jego spóźnienie o niczym nie decydowało. Tania siedziała tu od godziny. Patrzyła w szybę, ale ludzi chodzących wzdłuż Puławskiej już nie dostrzegała. Obojętne było jej, czy Roman przyjdzie. Nigdy, nigdzie się nie spieszyła, ale też nie spóźniała. Nienawidziła zawsze tych, co nie szanowali jej czasu: wykładowców, koleżanek, które potrafiły przyjść na umówione spotkanie dwadzieścia minut po czasie, chłopców i mężczyzn (a może zawsze chłopców?), którzy spóźniali się na randki pod kasztanowcem. Im jednak dalej brnęła w życie, im mocniej docierała do niej świadomość bezsensowności walki z czasem, tym bardzie zaczęła akceptować spóźnianie. I marnotrawienie minut, godzin, niekiedy całych dni. Im mniej uciechy znajdowała w gonieniu za czymś, tym mocniej rozkoszowała się błogim, nietaktownym, wręcz chamskim przelewaniem czasu przez palce.
- Witaj. Piękny, naprawdę piękny kwiat – powiedziała cicho do Romana, gdy ten zdyszany wpadł do kawiarni Grycan przy Puławskiej z pomiętą herbacianą różą w ręku. Roman zaczesał siwe włosy do tyłu. Jednym ruchem dłoni przygładził je i usiadł.
Patrzyłem na Tanię z politowaniem. Jej gasnące oczy, jej różowe, tandetne paznokcie, jej pomarszczona cera i włosy farbowane na blond – tanim utleniaczem. To wszystko sprawiało, że wyglądała jak jedna z kurewek, wystających na Wilczej. Czasem całymi dniami, czekając na klienta, któremu można obciągnąć za dwadzieścia złotych.
Ale Tania była porządna. Przez całe 47-letnie życie miała raptem trzech mężczyzn. Wszystkich kochała na zabój. Żaden nie kochał jej. Wiedziała, że Roman też ją zostawi. Gdyby miała u bukmachera postawić pieniądze, to za każdą złotówkę na to, że Roman odejdzie w silną dal, nikt nie zapłaciłby jej więcej niż złotówkę i pięć groszy, wiedziała o tym. Tak – prawdopodobieństwo było naprawdę duże. Znała się na tym trochę – jej były, nałogowy gracz hazardowy, mówił częściej słowo: „zakłady” niż: „Kocham”. Tym razem też nie miała złudzeń.
Roman popatrzył w jej oczy. Wyglądał groteskowo, jak tani lowelas z remizy. Niebieska kurtka, spodnie śmiesznie ściągnięte gumką, jak u rowerzysty, który nie chce, by wciągnęło mu nogawkę w szprychy.
Odwróciłem głowę. Choć milczeli, to była zbyt intymna chwila. Może dawno nie mieli takiej radości. Nie ważne, co stanie się jutro. Teraz są jak dwa gołąbki. Przypomniałem sobie pierwszą miłość ze szkoły podstawowej. Chodziliśmy do domu za rękę, a ja kupowałem jej polo-coctę za złotówkę. Pamiętam dobrze tamten smak.
Wbiłem zęby w lody o smaku straciatella. Roman i Tania milczeli. Wyglądali na szczęśliwych.

2007-03-19 23:49:06 skomentuj (1)